Wicemistrz świata kontyngentów wojskowych w przeciąganiu liny prezesem PZPC
Sporty siłowe

Wicemistrz świata kontyngentów wojskowych w przeciąganiu liny prezesem PZPC

jedr6

W sobotę w stołecznej siedzibie Polskiego Komitetu Olimpijskiego poznaliśmy nazwisko nowego prezesa Polskiego Związku Podnoszenia Ciężarów. Został nim 43-letni Mariusz Jędra, olimpijczyk z Sydney, gdzie doznał na pomoście ciężkiej kontuzji kolana.

Jędra wygrał wybory w drugiej turze z Zygmuntem Wasielą, związkowym sternikiem w latach 2004-2012. To był, rzecz jasna, pojedynek w królewskiej kategorii superciężkiej. Po rwaniu, czyli po pierwszej turze, był remis (35-35), a trzecie miejsce zajmował były mistrz olimpijski Zygmunt Smalcerz (16, niestety, nie ta waga, choć zasługi ogromne). W podrzucie Jędra zdeklasował już byłego szefa związku (53-33).

Jędra to także chorąży Wojska Polskiego, który z misją olimpijską latał do Sydney, a z wojskową (stabilizacyjną) do Libanu. I właśnie w Libanie, przed kilku laty, popularyzował dyscypliny z programu The World Games. Rozegrano tam wówczas nieoficjalne MŚ kontyngentów wojskowych w przeciąganiu liny.

– Zajęliśmy drugie miejsce, tylko Ghana była lepsza. Włochami i Belgami to żeśmy targali jak szmacianymi lalkami – z dumą opowiadał nam raz dzielny wojak. – No i dzieciakom się trochę tamtejszym pomogło. A to się czekoladki oddało z przydziału, a to orzeszki, pepsi – dodawał. Widać jak na dłoni, że od maleńkości żył Jędra ku chwale ojczyzny.

No i trzeba wiedzieć, że swoją przygodę z przeciąganiem liny kontynuuje. Otóż w 2016 roku nawiązał kontakt z Dariuszem Bajkowskim, rzutkim prezesem Polskiego Związku Przeciągania Liny, a także wiceprezydentem Międzynarodowej Federacji Przeciągania Liny (TWIF). Pomagał w poszukiwaniu dopływu świeżej krwi do dyscypliny i na terenie wrocławskiej AWF wspólnie zorganizowali mistrzostwa Polski juniorów. Jędra stworzył drużynę WKS-u Śląsk, w której wystąpił m.in. jego syn, Norbert. I jak jak tata przed laty na MŚ oraz ME, zajął drugie miejsce. Z czasem może jednak zacznie zwyciężać. Bo tata właśnie zaczął…

A które sprawy w trakcie kariery ciężarowej można było rozegrać inaczej? – Na przykład odpuszczać takie zawody, jak liga czy mistrzostwa Polski. Mój przyczep w kolanie się nadrywał, nadrywał, a ja stosowałem blokady i dźwigałem praktycznie na jednej nodze. Efekt był taki, że urwał się na pomoście w Sydney. I ja wiedziałem, że dokładnie tak właśnie będzie. Waldemar Baszanowski powiedział wtedy, że pierwszy raz widzi faceta, który wie, co się święci, a próbuje. Ale ja się nigdy nie bałem ciężarów, walczyłem, stąd porównywali mnie do Waldka Malaka. No i chciałem robić to dla kogoś, lubiłem, gdy była widownia – zaznaczał wychowanek trenera Leszka Matusza z Burzy Wrocław.

– Może i po igrzyskach wylizałby jeszcze człowiek rany, lecz centralne ośrodki szkolenia sportowego zostały rozwiązane. Wojsko przestało w nas inwestować, nie było etatów. Trochę się tych zawodników z boku zostawia. Sam musiałem pracy szukać. Pierwsza oferta dla mnie? Dowódca wozu bojowego w Międzyrzeczu – tłumaczył sztangista.

Dodajmy, że nie skorzystał. A teraz częściej będzie jeździł swoim wozem do Warszawy.

Wojciech Koerber