Urodzić bliźnięta, zagrać na igrzyskach
Sporty precyzyjne

Urodzić bliźnięta, zagrać na igrzyskach

Z Martą Wojtkowską (Sokół Wrocław), wielokrotną mistrzynią Polski w bule, rozmawia Wojciech Koerber.

 wojtko4

Ktoś, kto gra w bule, to…

Bularz.

W takim razie kobieta grająca w bule to nie buldożerka, lecz bularka.

Tak by wychodziło, chociaż – prawdę mówiąc – raczej tak siebie nie nazywamy. Mówimy po prostu o zawodniczkach.

Bularka Marta Wojtkowska to wrocławianka?

Od urodzenia.

A przygoda ze sportem jak się zaczęła?

We mnie i w siostrze sport zaszczepił tata. Najpierw przez osiem lat zajmowałam się baletem, był też czas na narty i tenis, a więc dyscypliny dość dynamiczne. Dlatego gdy po raz pierwszy bule pokazała mi koleżanka, pomyślałam – Boże, jakie to statyczne! Zaczęłam jednak grać w parku Południowym i złapałam bakcyla.

Pierwszy turniej?

13 lat temu w Wałbrzychu, byłam jeszcze świeżynką po dwóch miesiącach treningów. Nie pamiętam, które miejsce zajęłam, ale na pewno nie na podium. Chociaż sukcesy przyszły bardzo szybko, już ze swoich pierwszych mistrzostw Polski przywiozłam złoto. Inna sprawa, że kobiet trenowało wtedy niewiele, Polska Federacja Petanque zawiązała się dopiero w 2002 roku. Po tym pierwszym mistrzowskim tytule zaczęłam jeździć na duże imprezy, w 2003 roku zadebiutowałam w ME, a rok później w MŚ. I tam się zachłysnęłam, widząc, jak ludzie potrafią grać. To już nie było tylko hobby, lecz coś, czym żyją na co dzień, nad czym pracują od dziecka pod okiem fachowców. Ówczesnym prezesem klubu Petanka Wrocław był Bogdan Zając, nasi panowie już wtedy rządzili na krajowym podwórku, a ja do tej grupy dołączyłam.

Ile Polek zajmuje się dziś grą w bule, powiedzmy, profesjonalnie?

Myślę, że licencję ma setka z okładem, z czego połowa jest aktywna i jeździ na większość zawodów. Nie jest nas zbyt wiele.

Ale pracujecie nad poszerzeniem grupy. Pani np. jest w bliźniaczej ciąży.

To już początek szóstego miesiąca, będzie chłopczyk i dziewczynka, zatem szykuje się dublecik mikst.

Trzeba urodzić, a później, jak rozumiem, budować formę na The World Games 2017?

Bliźnięta powinny przyjść na świat z końcem października, a później przyjdzie zima, która jest dla nas okresem dość martwym. Raczej się na turnieje nie jeździ, bo pogoda nie pozwala, przy czym mój klub, Sokół Wrocław, ma tę przewagę, że dysponuje obiekcikiem pod dachem. Po prostu jedna z piwnic w bloku na Kozanowie została zaadaptowana na boisko, na które wysypano żwir i piasek. Dzięki temu i zimą możemy poćwiczyć od czasu do czasu, ze dwa razy w tygodniu, oderwać się od rzeczywistości i trochę porzucać. A wiosną przygotowania nabiorą intensywności, znów będą zawody, wyjazdy.

I postawienie kropki nad „i”, gdy chodzi o kwalifikację na The World Games 2017.

Zgadza się. Gram w dublecie z klubową koleżanką, Katarzyną Błasiak i jesteśmy na dobrej drodze, by tę pieczątkę przybić. Po czterech turniejach prowadzimy w krajowym rankingu z wyraźną przewagą nad drugim zespołem, a przed nami jeszcze dwie rundy.

Reprezentuje Pani Sokoła, ale jest wychowanką wspomnianej już Petanki Wrocław.

Grałam w jej barwach całą dekadę, a do Sokoła przeszłam trzy lata temu. Głównie ze względu na Kasię, z którą chciałyśmy stworzyć drużynę, i która już tam była. Zresztą w Sokole występuje też mistrz Polski Tomek Lipczyński.

wojtko1

Sokół i Petanka to kluby zwalczające się czy zaprzyjaźnione?

Zaprzyjaźnione. Jest nas zbyt mało, żebyśmy się jeszcze zwalczali.

Jakie ma Pani oczekiwania związane z The World Games 2017?

Wystąpi osiem zespołów podzielonych na dwie grupy. A później play-off: półfinały
i finał. Chcemy powalczyć o tę pierwszą połówkę. Nie wiem, czy o zwycięstwo,
ale o półfinał na pewno.

Gdyby miała Pani objaśnić ludzkości, na czym polega gra w bule, to jakich słów by użyła?

Trzeba dorzucić swoją kulę jak najbliżej świnki, czyli tej małej, drewnianej kuleczki. A więc celem jest świnka, którą na początku gry należy wyrzucić na odległość od sześciu do dziesięciu metrów. Jest tu miejsce na taktykę i strategię, bo każdy ma swoją rolę, a za najbardziej prestiżowy uchodzi triplet. Puenter, czyli jedynka dokłada pierwszą kulę do świnki, strzelec, czyli trójka wybija kulę rywala, a środkowy, czyli dwójka musi być uniwersalny – robi to i to w zależności od sytuacji. To gra precyzyjna, jak łucznictwo czy curling, która łączy pokolenia i na wielu turniejach jest koedukacyjna. Mogą grać całe rodziny.

Dlatego Pani zdecydowała się na bliźniaki…

Oczywiście, od razu będzie mikst.

Podobno Pani puentuje w pozycji kucznej?

Teraz, ze względu na ciążę, nie, ale normalnie – rzeczywiście tak. Bo jest precyzyjniej i lepiej widać podłoże, jakieś nierówności. Strzela się zawsze z pozycji stojącej, ale puentować można z kucaka.

Wasz trening to tylko kulki, kulki, kulki?

Głównie tak, chociaż na zgrupowaniach mamy też zajęcia ogólnorozwojowe i siłownię. Najczęściej ćwiczymy jednak puentę i strzał, najpierw w pojedynkę, a później w formie sparingów. Od zeszłego roku obie nasze kadry: męska i żeńska mają swoich selekcjonerów, Polaków.

Kto płaci za grupowania?

Od roku Ministerstwo Sportu i Turystyki, co wiąże się z projektem The World Games 2017. Oczywiście, nie płaci za wszystkich, lecz za 6-osobowe kadry: kobiet i mężczyzn. Obozy, turnieje, sprzęt, kule, stroje – to mamy zapewnione.

To prawda, że z bulami jest podobnie jak z grą w kasynie – za pierwszym razem się wygrywa?

Istotnie jest w tej grze coś takiego, że początkujący mają szczęście. Na zachętę, jak w kasynie. Nowicjusz rzuca przed siebie kulę i faktycznie wychodzi mu to nieźle. Kiedy jednak zaczyna obserwować zawodowców, próbuje podkręcać kulę nadgarstkiem i używać różnych technik, okazuje się, że nie jest to takie proste. Że mija szczęście początkującego i trzeba trochę popracować, by znów coś ugrać. Ale ma się później satysfakcję, gdy po godzinach treningów doskonalona technika przynosi rezultaty.

Wiemy już, że karate i wspinaczka sportowa – dyscypliny The World Games 2017 dostały się właśnie do programu letnich igrzysk olimpijskich Tokio 2020. A co z bulami w kontekście 2024 roku?

Światowa federacja walczy, by za osiem lat bule stały się dyscypliną olimpijską. Zresztą walczy, odkąd pamiętam. Francuzi byli przekonani, że zorganizują igrzyska 2012 roku i już wtedy bule zyskają status olimpijskiej dyscypliny pokazowej. Paryż przegrał jednak z Londynem i tak się nie stało, ale starania wciąż są czynione. W przyszłym roku, po The World Games 2017, zapadnie być może jakaś decyzja. Formalne warunki dyscyplina spełnia, bo jest rozpowszechniona na każdym kontynencie. Federacja pracuje nad tym, by rywalizację uatrakcyjnić i by nie rozciągała się w czasie. Ja swego czasu grałam jeden mecz przez dwie i pół godziny, dlatego na dużych imprezach wprowadzony został limit czasowy, tzn. gra się do 13 punktów lub zazwyczaj 60 minut. Poza tym, żeby było bardziej medialnie i przejrzyście, kule wybiera się czarne i srebrne. Rzym i Paryż wciąż mają ochotę zorganizować igrzyska i wiem, że oba te miasta deklarują chęć wprowadzenia buli do programu olimpijskiego, na początek jako dyscyplinę pokazową. Dlatego jestem pełna optymizmu, że może jeszcze na igrzyskach zagram.

Gdzie, poza Francją, dyscyplina stoi na wysokim poziomie?

W Hiszpanii, Monako, Belgii, Szwecji. Gdy chodzi o kraje pozaeuropejskie, mocne są Tajlandia, Tunezja czy Maroko.

A co to znaczy, że była Pani również mistrzynią kraju w strzale precyzyjnym?

Ja byłam w 2012 roku, natomiast obecnie jest nią Kasia Błasiak. To osobna konkurencja, indywidualna. Polega na kolejnym wybijaniu określonych celów z czterech odległości: 6, 7, 8 i 9 metrów. Jest pięć ustawień, należy m.in. wybić kulę lub samą świnkę. Mamy też układ z trzema kulami ustawionymi w rzędzie i wtedy trzeba wybić tę środkową, nie dotykając skrajnych. W ten sposób zdobywa się punkty. To konkurencja zrozumiała dla widza, szybka i widowiskowa, którą rozgrywa się na MŚ oraz ME. Będzie również obecna na The World Games 2017.

To na koniec, żeby było… precyzyjnie i wyczerpująco – czym się Pani zajmuje na co dzień?

Uczę angielskiego i niemieckiego w prywatnej szkole językowej „Logos”, którą prowadzę z siostrą. Byłam ostatnim rocznikiem, który uczył się w podstawówce rosyjskiego, ale w liceum miałam już właśnie angielski
i niemiecki, poza tym skończyłam studia filologiczne. Spędziłam też pół roku na stypendium w Kilonii, gdzie zauważyłam, że mnóstwo ludzi gra w parkach w bule. Znajomość języków z pewnością pomaga, w trakcie wyjazdów można wymieniać się doświadczeniami i spostrzeżeniami, chociaż podczas zeszłorocznego pobytu we Francji zauważyłam, że tam mój angielski i niemiecki średnio się przydają. Tam ludzie chcą głównie używać swojego języka, więc mam kolejne wyzwanie na najbliższy czas – francuski.

Rozmawiał Wojciech Koerber

Marta Wojtkowska

Urodziła się 19.09.1978 roku we Wrocławiu. Sukcesy: sześciokrotna mistrzyni Polski, mistrzyni kraju w strzale precyzyjnym.