Rambo! Na ściance zdobył już Puchar Świata i kobietę
Nowe trendy

Rambo! Na ściance zdobył już Puchar Świata i kobietę

Z Marcinem Dzieńskim (AZS PWSZ Tarnów), trzykrotnym triumfatorem zawodów PŚ oraz srebrnym i brązowym medalistą mistrzostw Europy we wspinaczce sportowej, rozmawia Wojciech Koerber.

 

dzie10

Dzień dobry, czy rozmawiam z Rambo?

No…, w sumie tak, mówią na mnie Rambo. Kiedy byłem dzieckiem, chodziłem i wspinałem się w okularach,
a żeby mi nie spadały, zacząłem do nich używać opaski na głowę. Ktoś krzyknął Rambo i tak zostało, choć dziś używam już soczewek.

Twoja dyscyplina dostała się właśnie do programu olimpijskiego Tokio 2020, podobnie jak surfing czy jazda na deskorolce. Odczytuję to jako reakcję MKOl.-u na zapotrzebowanie młodych ludzi.

Pewnie tak jest, chociaż wspinaczkę można uprawiać w każdym wieku, wystarczy dostosować trudność dróg do swoich predyspozycji i umiejętności. Dla nas, zawodników, ta decyzja MKOl.-u jest wielką szansą nie tylko na zdobycie medalu olimpijskiego, ale i na ogromny rozwój dyscypliny. Już nikt nie będzie mógł powiedzieć: „co z tego, że wygrałeś Puchar Świata, skoro nie ma was na igrzyskach”. Już tam jesteśmy. Pozostaje pytanie, w jakiej formule odbędą się olimpijskie zawody. Jedno wiemy już – że na igrzyska w Tokio MKOl. przygotował dla nas tylko dwa komplety medali: jeden dla mężczyzn i jeden dla pań. Mało, ale nie ma co narzekać, na tę decyzję czekaliśmy przecież latami.

Z tego można mniemać, że złoty medal będzie nagrodą za zwycięstwo w, nazwijmy to, trójboju, łączącym trzy konkurencje wspinaczki sportowej: prowadzenie, na czas i bouldering. Tymczasem specjalnością Twojego zakładu jest wbieganie na czas.

I dlatego, gdy tylko poznamy ostateczne decyzje MKOl.-u, będzie trzeba zmodyfikować trening. Swego czasu zajmowałem się też prowadzeniem i boulderingiem, ale w ostatnich latach skupiłem się na czasówce. Specjalizacja jest w naszej dyscyplinie czymś normalnym, wszyscy trenują pod kątem jednej konkurencji.

Jak rozumiem, do tej pory musiałeś być silny i szybki, teraz będziesz też musiał być wytrzymały.

Zgadza się, we wspinaniu się na czas najważniejsza jest siła eksplozywna. To w zasadzie nie wspinanie się,
a wbieganie. A ten trójbój? To pomieszanie trzech dyscyplin, będzie się też liczyć doświadczenie.

Przedstaw, proszę, specyfikę wszystkich trzech konkurencji.

Prowadzenie jest czysto wytrzymałościowe, należy się wspiąć jak najwyżej i ma się na to limit 6-7 minut,
w zależności od ścianki. Wspinaczkę na czas można natomiast porównać do sprintu na setkę. Nie liczy się technika, lecz szybkość. Nie jest ważne jak, byle szybko. Od pewnego czasu ścianki do czasówki zostały ujednolicone, wszędzie wspinamy się na jednakowych, dzięki czemu notowane są rekordy świata. I dobrze, każdy ma taką ściankę do dyspozycji, a na zawodach możemy dawać z siebie dwieście procent. Rekord świata wynosi 5,60 sek. i należy do Ukraińca, ale za miesiąc, podczas MŚ w Paryżu, spróbuję się do tego wyniku dobrać. Zresztą swego czasu byłem autorem nieoficjalnego rekordu globu (5,80). Nieoficjalnego, bo ściana w Chamonix nie miała homologacji.

A bouldering?

To krótkie problemy wspinaczkowe, kilkumetrowe bloki, które pokonuje się bez asekuracji, a jedynym zabezpieczeniem jest materac. Tu również ważna jest siła eksplozywna, a przy tym technika.

W czasówce wbiegacie po ściance niesamowicie szybko, mogę wierzyć na słowo, że lina Was w żaden sposób nie wciąga i nie pomaga?

Daję słowo. Nie ma takiej możliwości, żeby lina ciągnęła nas w górę.

Igrzyska olimpijskie za cztery lata, a, póki co, na horyzoncie The World Games 2017.

Jasne. To impreza, na której się skupiam, w moim przyszłorocznym kalendarzu będzie priorytetowa. Kwalifikację prawdopodobnie już mam, bo według wytycznych Polskiego Związku Alpinizmu zapewnił mi ją brązowy medal ME z 2015 roku. Do Wrocławia przyjadę walczyć o złoto.

Zna Pan miasto?

Macie kilka ścian do zdobycia i widziałem je przy okazji zawodów z cyklu Pucharu Polski. Na zwiedzanie nie miałem jednak jeszcze czasu.

Wspinaczka nie była chyba Twoją pierwszą miłością?

Próbowałem wielu dyscyplin, tańczyłem, grałem na gitarze, uprawiałem parkour, skakałem na bmx-ie. Ale jak już trafiłem na ścianę, to na niej zostałem. By móc polecieć na swoje pierwsze zawody PŚ do Chin, pożyczyłem pieniądze od koleżanki, około 3 500 złotych. Było to dość ryzykowne, bo gdybym nie wywalczył wysokiego miejsca, musiałbym iść do pracy. Miałem wtedy 19 lat i uczyłem się w tarnowskim Techniku Budowlanym,
na geodetę. Udało się jednak zajść wysoko i dług zwróciłem. A dziś jestem studentem wychowania fizycznego w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej w Tarnowie.

Urazy są częścią Twojej profesji?

W ubiegłym roku zmagałem się z zapaleniem pochewki nadgarstka, a teraz przeciwdziałam nawróceniu kontuzji, w zasadzie można powiedzieć, że cały czas się rehabilituję. Generalnie jest jednak ok. Często odczuwam też zmęczone plecy, którymi świetnie się jednak zajmują w Centrum Rehabilitacji Geronimo. Gdybym sam miał sobie fundować takie zabiegi, to bym pewnie zbankrutował.

Progresja tegorocznych wyników jest wyraźnie widoczna.

W tym sezonie brałem udział w czterech zawodach PŚ, zajmując kolejno czwarte, trzecie i dwukrotnie pierwsze miejsce, w szwajcarskim Villars i francuskim Chamonix, które dla wspinaczy jest miejscem kultowym.

A czy to się w ogóle opłaca, że zapytam tak merkantylnie?

Muszę powiedzieć, że Polski Związek Alpinizmu mocno pomaga, dofinansowując wyjazdy. Jeśli do tego dochodzą wygrane zawody, to nie ma na co narzekać. Zwłaszcza że włączenie dyscypliny do programu olimpijskiego może się przełożyć na pozyskanie dla niej nowych sponsorów.

W Tarnowie wielu sportowcom pomaga Grupa Azoty, m.in. od lat miejscowym żużlowcom. Na Twojej koszulce też widziałem logo firmy.

Zgadza się, lecz nie do końca, bo to już troszkę stara koszulka musiała być. W Grupie Azoty zmieniły się władze i na ten rok nie mam z nią podpisanej umowy. Ciężka sprawa, ale jakoś daję sobie radę.

Prezesem PZA jest Piotr Pustelnik, a więc w środowisku zacna persona, bo przecież m.in. zdobywca Korony Himalajów. Nie myślałeś nigdy o takiej formie wspinaczki?

Próbowałem wspinania się po lodospadach, w rakach, z czekanem i podobało mi się. Ale żeby wchodzić gdzieś bardzo wysoko? Trzeba być odpowiednio zahartowanym i mieć mocną psychikę. Myślę, że kiedyś na pewno spróbuję, w tej chwili nie mam na to czasu.

Trening, trening, trening?

Jako że nadchodzą MŚ (14-18 września), koncentruję się obecnie na ściance. W dłuższym okresie przygotowań łączę to jednak z siłownią. Przykładowy tydzień pracy wygląda wtedy następująco: poniedziałek – trzy godziny na ścianie, chwila przerwy i od dwóch do trzech godzin na siłowni, wtorek – wolne, środa – powtórka z poniedziałku, czwartek – wolne, piątek – powtórka z poniedziałku i środy, sobota – ściana.

Ile bierzesz na klatę?

Maksymalnych ciężarów na klatę nie zakładam, ale na przykład przysiad robię ze sztangą ważącą 150 kg, przy wadze 60 kg. Kiedy dowiedziałem się, że Polska zorganizuje Światowe Igrzyska Sportowe, skoncentrowałem się na wspinaniu na czas, odrzucając prowadzenie i bouldering. Teraz jednak, powtarzam, zmienimy nieco trening, gdy tylko poznamy ostatecznie nowe zasady gry.

Podobno kiedyś przegrałeś pojedynek o 0,001 sek.  

To był Puchar Świata w Korei. Rzeczywiście, przegrałem z Rosjaninem taką różnicą o wejście do ósemki
i udałem się już do szatni, gdzie zacząłem przechodzić wszystkie swoje fazy zdenerwowania. Nagle jednak pojawia się sędzia i mówi, że nastąpiła pomyłka. Że w myśl przepisów nie można przegrać o 0,001 sek, a jeśli rezultat w setnych jest taki sam, to wówczas liczy się wynik z poprzedniej rundy. Mój był lepszy, więc wróciłem do rywalizacji i… wygrałem całe zawody. To był pierwszy z trzech moich dotychczasowych triumfów w PŚ.

Najwięksi rywale?

Nie mam takich, bo staram się na nich nie patrzeć, naprawdę. Największym rywalem jestem sam dla siebie, dlatego zawsze staram się pokonać tego Dzieńskiego. Nie zwracam uwagi na innych, staram się po prostu robić swoje maksy. Każde zerknięcie w bok nic mi nie da, może natomiast przyczynić się błędu i utraty cennych ułamków sekund.

To może tak – które nacje wspinają się najszybciej?

Mocni są Rosjanie ze Stanisławem Kokorinem, Ukrainiec Daniło Bołdyriew czy Czech, Libor Hroza. Jest nas sporo na podobnym poziomie przygotowania fizycznego, zatem liczy się psychika.

Pod czyim okiem trenujesz?

Z Tomaszem Mazurem, który kariery zawodniczej za sobą nie ma, a teraz jest trenerem samoukiem. Współpracujemy już kilka lat, co rusz próbując coś zmieniać i coś ulepszać. Najważniejsze jest w tym fachu wstrzelenie się z formą na zawody, a Tomek moje predyspozycje poznał już bardzo dobrze, więc świetnie potrafi mnie na docelową imprezę przyszykować.

Ktoś jeszcze jest częścią teamu? Ktoś, kto czasem przytuli, ukoi ból lub podzieli radość po zwycięstwie…

Jeśli pytasz o miłość, to w sumie trenuję razem ze swoją dziewczyną, Anią Brożek. Znamy się od dziecka
i poznaliśmy się na ścianie. Ania traktowała to bardziej zabawowo, aż w końcu powiedziałem jej: „dziewczyno, masz potencjał, zacznij się bawić na poważnie!”. I ostatnio, kiedy ja wygrałem PŚ w Villars, Ania zajęła tam czwarte miejsce, pokonując po drodze m.in. Edytę Ropek, również tarnowiankę. I również ma szansę na przyszłoroczny występ we Wrocławiu. Nasze miasto jest we wspinaczce mocne, a gdy obserwuję w czasie zajęć maluchów, to mam pewność, że za kilka lat też będą sukcesy.

Rozmawiał Wojciech Koerber

 Marcin Dzieński

Urodził się 22.01.1993 roku w Tarnowie. Klub: AZS PWSZ Tarnów. Sukcesy: trzy zwycięstwa w zawodach PŚ we wspinaczce na czas (Mokpo 2014, Villars 2016 i Chamonix 2016), srebrny (2013) i brązowy (2015) medal ME, dwukrotne wicemistrzostwo świata juniorów (2010 i 2011). Dwa lata temu zajął piąte miejsce na MŚ w hiszpańskim Gijon, przegrywając pojedynek o czwórkę o 0,02 sek.